To już nie jest ten klimat co kiedyś.
Żółte od sodowych lamp dymy nie snują się, skrywając gdzieś tam Kubę R. z jego podręcznym zestawem noży.
Po brukowanych uliczkach już nie toczą się czarne powozy z woźnicami w cylindrach i długich płaszczach z powiewnymi capes attached to greatcoats.
Smród rzeki też gdzieś zniknął.
I mimo Brexitu iście tu europejsko.
Czysto, schludnie, ludnie.
Gdzieś tam, w dół od rzeki, siedziałem w nowoczesnym, w staromodnym stylu urządzonym wnętrzu, w którym onegdaj werbowano do Królewskiej Marynarki.
Boazerie, ściemniałe od mrocznych historii i tytoni wszystkich stron świata, teraz łapczywie pochłaniały tylko światło.
Siedziałem w półmroku i słuchałem, jak oryginalne Made in England, elegancko tweedowane towarzystwo dyskutowało o ich daniu narodowym.
Daniu, które z powodu swojej kluczowej wartości dla morale narodu nawet podczas wojny nie było reglamentowane.
O Fish and chips.
Z uprzejmości chyba do mnie dyskutowało, ale nie byłem pewien, czy nie jestem tylko przydatnym pretekstem.
Popartą walnięciem kuflem o stół na tapet wniesiono kwestię fundamentalną: największym wyzwaniem jest opisanie panierki tak, by nie brzmiała jak „tłuste ciasto”.
Słowo klucz to „batter”!
Tu — od wstrząsu aż stout rozlał się na stół — nie używamy „breading”, bo to nie jakaś cholerna, stara bułka tarta.
No — z flegmą dodał ktoś — a wiesz, co oddziela głowę od ciała? … Szyja? — odparłem uprzejmie.
Nie, topór! Więc jeśli chcesz zachować ciało całe, musisz rozróżnić między „crispy” a „soggy” — tym pomiotem szatana i wrogiem numer jeden każdego Brytyjczyka.
I wiedz, że jak udowodnisz w sądzie, że ten elegancko zadźgany trup, coś go niechcący kozikiem wyfiletował w afekcie, jest wynikiem „soggy”, to z automatu dostajesz ułaskawienie bezpośrednio od samego króla.
Owszem — przytomnie dodał inny man, wyglądający very dżentle — ale to rodzaj ryby jest kluczowy, tak by zjeść i zaraz po spożyciu z tego łez padołu nie zejść.
Cod jest najpopularniejszy, taki flaky. Haddock też ujdzie, choć nieco słodszy i bardziej zwarty niż flaki.
Sure — jeśli me excuse mogę tu wtrącić — i jeszcze frytki. To nie są jakieś „French fries” — to nie cholerny McDonald’s.
Uważaj teraz: tradycyjne brytyjskie frytki to „chips”! Grubsze, takie „fluffy” w środku i smażone w dwóch precyzyjnych etapach i sprawdzane przy pomocy profesjonalnych termometrów kalibrowanych chyba na samy Słońcu.
— Garson! Kolejna kolejka portera dla wszystkich!
Siedziałem i słuchając tych zawiłości słupiałem.
Ostatnim wysiłkiem popatrzyłem na resztkę fishy, co leżała obok chipsów…
I pomyślałem — Siet, w Polsce rybę nad morzem smaży się zaraz po sprowadzeniu z hurtowni gdzieś na Podhalu, na oleju z przebiegiem jak u Passata 1.9 TDI, offkorsa że zaraz po usmażeniu na nim fry… ups, pardon’t sir… chipsów.
A i tak najlepsza jest ryba wędzona.
I jak się taką „zwędzoną rybę zwędzi”, to w ten prosty sposób można wędzić już zwędzoną rybę, albo ukraść wędzoną rybę, lub ukraść kradzioną rybę, oraz ewentualnie wędzić kradzioną rybę.
I każdy wie, o co chodzi, bez zbędnego gadania o panierkach, skórki grubościach i ościach.
Ech, wódka dla wszystkich. Czysta, a nie te rude na myszach pędzone, bo znowu wyniknie jakaś dyskusja nad kolorem.

Dodaj komentarz